Barbie jako familijne kino dla dorosłych, czyli do kogo właściwie adresowany jest najnowszy film Grety Gerwig?


Lalka Barbie była symbolem mojego dzieciństwa. Jakkolwiek wyniośle by to nie brzmiało to taka jest prawda. Pamiętam większość swoich Barbie. Ba, mało tego - wciąż pamiętam jakie imiona im nadałam. I mimo, że lalkami już dawno się nie bawię to nadal trzymam je wszystkie w kartonach na strychu i nie wyobrażam sobie, że kiedykolwiek mogłabym je wyrzucić. Jaka więc mogłaby być moja reakcja jak dowiedziałam się o nowym projekcie Grety Gerwig? No przyznaję się - oszalałam z zachwytu. Później przyszedł czas na ogłoszenie obsady. Margot Robbie jako Barbie, Ryan Gosling jako Ken - okazało się, że spełniło się moje castingowe marzenie, o którego istnieniu nawet nie zdawałam sobie sprawy. Zacierałam rączki z podekscytowania i liczyłam, że to będzie mój film tego roku. 

Barbie już długo przed premierą stał się filmem kultowym. Cały okołoprodukcyjny marketing był na tyle potężny i atakujący z każdej możliwej strony, że o Barbie wiedzieli prawie wszyscy, nawet ci, którzy wcale się na niego nie wybierali. W mojej głowie natomiast nie był to już tylko film roku, a co najmniej dekady. No krótko mówiąc - oczekiwania tak absurdalnie gigantyczne, że zwyczajnie w świecie nie dało się im sprostać. I stało się dokładnie to czego się obawiałam, a mianowicie rozczarowanie. Bo nie był to film dekady. Ba, nie był to nawet film roku. Barbie okazał się czymś przeciętnie dobrym, umiarkowanie zabawnym i momentami niezwykle męczącym. 

Greta Gerwig próbowała zrobić film dla każdego. Dla każdej posiadaczki Barbie. Dla tej, która bawiła się nią dwadzieścia lat temu i dla tej, która być może wciąż się nią bawi. I paradoksalnie to jest właśnie największy problem tego filmu. Trudno określić tutaj grupę wiekową do jakiej twórczyni kieruje swój projekt. Z jednej strony mamy otoczkę kina familijnego, co teoretycznie powinno pasować, bo przecież jesteśmy w świecie zabawek. I okej, ale natężenie i intensywność slapstickowego humoru oraz wysypu postaci infantylnych i przejaskrawionych do granic możliwości, sprawiło, że byłam wymęczona po dwudziestu minutach filmu. Sama historia - jak na kino familijne przystało - bardzo prościutka. Problemy, które pojawiają się na drodze głównej bohaterki szybko się rozwiązują. Relacje pomiędzy postaciami są płytkie, a wszelkie konflikty wraz z pojawieniem się finału magicznie znikają. Ta powierzchowność historii sprawiła, że czułam się kompletnie obojętna w stosunku do tego co widziałam na ekranie. I nawet scena, która miała wywołać ciary, nie zrobiła tego.


Z drugiej strony jest to film Grety Gerwig i to widać. Dużo tu mówienia o feminizmie, patriarchacie, konsumpcjonizmie i ogólnego wypunktowywania bolączek współczesnego społeczeństwa. Natomiast jest to podane tak bardzo wprost, chwilami wręcz łopatologicznie, że w rezultacie wieje nudą. Nie ma tu miejsca na niedopowiedzenia i zostawienie nieco przestrzeni na własne refleksje. Końcowe wnioski dostajemy od razu na tacy, jednak niestety nie są one zbyt odkrywcze. Dostałam po prostu skondensowaną porcję wiedzy z pojęć, które już od dawna znam. I tutaj może pojawić się argument, że taka forma miała być również odpowiednia dla młodszych odbiorców. Pytanie tylko czy osoba, która nie zna kontekstu będzie w stanie w ogóle wyłapać te odniesienia? Moim zdaniem nie. Będzie to dla niej historia o lalce Barbie, która przenosi się do prawdziwego świata i o śmiesznie piszczącym Kenie, który jej towarzyszy. I tyle. 

Barbie to takie familijne kino dla dorosłych. Jest to dosyć szalone połączenie, jednak uzasadnione konwencją filmu. Do mnie natomiast to absolutnie nie przemawia. Mam wrażenie, że Greta Gerwig chciała zrobić manifest, a Barbie miał być czymś więcej, niż tylko opowieścią o lalce. Wyszło jednak trochę banalnie.

Komentarze